piątek, 6 lutego 2015

Zdjęcia z planu "Przypadki Cezarego P"


„Nie odmówił, ale nie wie, że jest już na Fejsie”
Cezary Pazura pracuje na planie nowego serialu „Przypadki Cezarego P”, gdzie gra główna rolę.

Plan zdjęciowy mieści się na warszawskim Żoliborzu, w Warszawskiej Szkole Filmowej – założonej przez Macieja Ślesickiego i Bogusława Lindę, dlatego panowie mają okazje do częstych spotkań. Jedno z nich uwiecznił Cezary Pazura, który namówił kolegów do wspólnego zdjęcia. To chyba pierwsze selfie Lindy!

jastrzabpost.pl

piątek, 28 listopada 2014

Sara


 15 lat temu na ekrany polskich kin trafił film "Sara" Macieja Ślesickiego. Dziś pamiętamy ten obraz ze względu na aktorski debiut 16-letniej Agnieszki Włodarczyk, powrót do kina Marka Perepeczko oraz iskierkę filmowego postmodernizmu w jawnych nawiązaniach reżysera do klasyki kina amerykańskiego.

Maciej Ślesicki po obsypanym nagrodami debiucie "Tato" postanowił kontynuować inteligentne i pełne humoru mieszanie filmowych gatunków. "Mam nadzieję, że film usatysfakcjonuje widzów, nie tylko tych 16-, jak i 40-letnich. Moim zamiarem było zrealizowanie bezpretensjonalnego, sympatycznego filmu, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Jest to przede wszystkim dość niekonwencjonalna opowieść o miłości, w którą wplecione są wątki sensacyjne. Podobnie jak w filmie 'Tato' połączyłem różne gatunki: melodramat, kino sensacyjne i komedię" - powiedział o "Sarze" reżyser.

Akcja filmu rozgrywa się w Polsce lat 90. Józef (Marek Perepeczko) jest jednym z najbardziej wpływowych i niebezpiecznych gangsterów. Jego oczkiem w głowie jest 16-letnia córka Sara (Agnieszka Włodarczyk).

Z racji swojej "profesji" Józef ma wielu wrogów, by więc zapewnić córce pełne bezpieczeństwo, wynajmuje dla niej ochroniarza Leona (Bogusław Linda). Leon to typowy twardziel, zamknięty w sobie mężczyzna, który mało mówi, ale za to szybko działa. Nie od razu przypada do gustu rozpieszczonej nastolatce, jednak stopniowo dziewczyna zaczyna w nim widzieć kogoś na wzór romantycznego rycerza.


W końcu Sara, z właściwym jej wiekowi entuzjazmem, zakochuje się w Leonie. Wyboru córki nie akceptuje oczywiście ojciec. Sam Leon, mężczyzna po tragicznych przejściach, nie spodziewał się już w życiu takich uczuciowych niespodzianek. Nie potrafi określić, czy to, co czuje do Sary, jest tylko sympatią czy już miłością. Tymczasem Józef zaczyna wprowadzać w czyn groźby i nasyła na Leona swoich ludzi: Cezarego (Cezary Pazura) i Jasia (Sławomir Sulej).

"Po tym filmie popłyną na moją głowę kubły pomyj. Krytyka dostanie piany. Jestem pewien, że recenzenci obsmarują mnie w stylu: facet, który próbował zrobić coś ambitnego, zszedł niżej" - prognozował jeszcze przed premierą filmu reżyser Maciej Ślesicki i od razu tłumaczył, że fascynacja kinem amerykańskim nie musi równać się z kopiowaniem hollywoodzkich historii.

"Kino amerykańskie jest najlepsze na świecie, a jeśli się wzorować, to - moim zdaniem - na najlepszych. Zresztą nie odcinam się od wszystkiego, co polskie. Oba moje filmy ['Tato' i 'Sara' - przyp.red.] dzieją się w realiach naszego kraju, tyle że staram się nadać im pewnego elementu bajkowości, charakterystycznego dla kina hollywoodzkiego. Ten zabieg ma za zadanie uczynić opowieść trochę mniej rzeczywistą, mniej gazetową" - reżyser wyjaśniał w rozmowie z magazynem "Machina".
15 lat temu na ekrany polskich kin trafił film "Sara" Macieja Ślesickiego. Dziś pamiętamy ten obraz ze względu na aktorski debiut 16-letniej Agnieszki Włodarczyk, powrót do kina Marka Perepeczko oraz iskierkę filmowego postmodernizmu w jawnych nawiązaniach reżysera do klasyki kina amerykańskiego.

Czytaj więcej na http://film.interia.pl/filmy/film/sara/wiadomosci/news/sara-bodyguard-po-polsku,24944,1799503?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox


 Pobieżny rzut oka na fabułę "Sary" nasuwał skojarzenie ze zrealizowanym 5 lat wcześniej "Boyguardem" z Kevinem Costnerem i Whitney Houston.

"Sara" jest wprawdzie bajką wyjętą trochę ze światowego kina, ale to całkiem inny film niż 'Bodyguard'. Zupełnie gdzie indziej rozłożone są akcenty dramaturgiczne, choć rzeczywiście bohaterem jest ochroniarz, który zakochuje się w swojej podopiecznej. Ale tak naprawdę to jedyna istotna zbieżność" - bronił się Ślesicki.

Krytyka zareagowała jednak zgodnie z przewidywaniami twórcy "Sary".

"Bogusław Linda wyglądający jak 'Leon Zawodowiec' gra tu Kevina Costnera z filmu 'Bodyguard', który zapatrzył się na Franza Maurera z 'Psów'" - rozpoczął swą recenzję w "Polityce" Zdzisław Pietrasik.

Ale już kilka akapitów dalej zwraca uwagę, że Linda - na przekór utrwalonemu w opinii publicznej wizerunkowi macho - pokazuje w "Sarze" "zupełnie inne oblicze, dając w dramatycznej końcówce dowody, że jest zdolny do uczuć wyższych".
Akwarium: Misja niemożliwa

Według zapowiedzi reżysera, "Sara" miała przypominać amerykańskie produkcje również pod względem inscenizacyjnego rozmachu. Film był na ówczesne standardy produkcyjne wysokobudżetowym przedsięwzięciem, ale twórca napotkał jednak pewne ograniczenia.

"Jak już ktoś ma umrzeć, to niech umiera efektownie. Starałem się osiągnąć efektowne obrazy za pomocą prostych pomysłów i dzięki doświadczeniu doskonałych fachowców. Nie mieliśmy komputera, który na Zachodzie robi te wszystkie wybuchy, latające kule czy upadki z wysokości. Już przy 'Tacie' pytano mnie, czy finałową scenę na wysokości zrobiliśmy na komputerze. A tam nie było komputera, tylko pomysł na to, jak ustawić kamerę i jak zabezpieczyć aktorów, żeby to przeżyli. Tu jest podobnie" - wyjaśniał Ślesicki dodając, że "Boguś sam sobie wybrał pistolety, z których strzela w naszym filmie". "Sprowadziliśmy je z Niemiec. Opłaciło się. Są piękne" - przyznał reżyser.

Najwięcej emocji wzbudziła jednak scena strzelaniny z akwarium w tle.

"Woda z przestrzelonych akwariów leje się mniej obficie niż w 'Mission Impossible', ale są to w końcu tylko skromne krajowe akwaria" - notowała w recenzji w "Kinie" Bożena Janicka.


 Efekty specjalne nie zrobiły jednak wielkiego wrażenia na Zdzisławie Pietrasiku, który doceniając realizatorską biegłość Ślesickiego, utyskiwał na wtórność jego reżyserskich zabiegów.

"Osoby zajmujące się promocją 'Sary" powinny ogłosić konkurs dla kinomanów pod hasłem: znajdź jak najwięcej szczegółów, którymi ten obraz nie różni się od obrazów, które widziałeś wcześniej w kinie. Dla zwycięzcy specjalna nagroda - złota rybka z jednego z akwariów, które w filmie odgrywają rolę szczególną, pięknie się tłukąc podczas strzelaniny z użyciem broni ciężkiej (z jakiego to filmu?). Bardzo fotogenicznie pękają również szyby pod ciężarem wypadających przez okno wojowników. Wszystko wygląda tak jak w prawdziwym amerykańskim filmie o mafii, a gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości, to od czasu do czasu pokazuje się na ekranie telewizor, w którym właśnie leci 'Ojciec chrzestny'" - napisał

Pietrasik, kończąc swój tekst sarkastyczną puentą: "Ślesicki bawi się cytatami ze świetnych filmów, pokazując, że on sam potrafi niezgorzej reżyserować popisowe sceny. Ale to tylko klisze. Najbardziej podobał mi się końcowy napis głoszący, że rybkom nie stało się nic złego. To jest jednak sztuka - potłuc akwarium, a rybki nie skrzywdzić".


Podobnie jak w "Tacie", gdzie Bogusławowi Lindzie partnerowała debiutująca na ekranie Ola Maliszewska, w "Sarze" główną kobiecą rolę zagrała nieznana nikomu 16-latka. Agnieszkę Włodarczyk reżyser wybrał spośród 250 kandydatek. "Dziewczyna albo ma coś w spojrzeniu, uśmiechu, gestach, albo nie. Szkoła aktorska nie ma z tym 'czymś' nic wspólnego. Tego się nie da nauczyć" - tłumaczył wybór nieprofesjonalnej aktorki Ślesicki.

Recenzent tygodnika "Wprost", Wiesław Kot, nie oszczędził debiutantki.

"Pieścidełkiem filmu jest tytułowa Sara kreowana z wdziękiem przez Agnieszkę Włodarczyk. Na jej cherubinowej buźce usteczka same układają się w podkówkę. Na życzenie reżysera dziecko błyska jednak w nadmiarze modrymi oczkami, zawiązką biustu i chudzieńką dziewczęcą pupą. Jej rozłożony w filmie na raty striptiz budzi raczej skojarzenia szpitalne. Widz-oglądacz czuje się tak, jakby przypadkiem wtargnął do łazienki, w której pensjonarka bierze prysznic. Zamiast podniecenia występuje zażenowanie. Jeśli natura nie naznaczyła widza pedofilią, ten, w pierwszym odruchu, naciągnąłby małej majtki z powrotem na pupę, wlepił klapsa i wysłał na klasówkę" - Kot zaatakował nie tyle Włodarczyk, co dzieło Ślesickiego.


 Nieco łagodniej potraktowała debiutantkę Bożena Janicka na łamach "Kina".

"Najtrudniejsze zadanie [aktorskie] miała chyba jednak licealistka Agnieszka Włodarczyk. Śliczna, o miękkim spojrzeniu Marilyn Monroe, gra rolę dość niewdzięczną. Musi wygłaszać teksty, na które młoda widownia reaguje wybuchami śmiechu, zdaje się w tych momentach nieprzewidzianego. Odzywki w rodzaju: 'chcę być twoją kobietą', 'urodzę ci dzieci' - są zapewne pastiszem (chociaż nie jest jasne czego), lecz młodzi widzowie pastiszowej intencji najwyraźniej nie łapią" - napisała Janicka.

"Sara" była także pierwszym filmem Marka Perepeczki po ponad 15-letniej przerwie w karierze aktorskiej. Krytyk "Wprost" znów nie owijał w bawełnę: "Wszystko się [w tym filmie] kojarzy, ale żadne skojarzenie się nie narzuca. Marek Perepeczko w roli podstarzałego Janosika mógłby jeszcze parodiować Marlona Brando z 'Ojca chrzestnego' - jeżeli nie talent, to tusza z pewnością mu na to pozwala - ale reżyser uznał, iż będzie bezpieczniej, jeśli polski mafioso klasykę gangsterską postudiuje z ekranu własnego wideo" - skarżył się Kot.

Zbyt oczywistych "kryptocytatów" jest tu więcej. W scenie, w której Leon ratuje życie Józefowi, za barem wisi plakat poprzedniego filmu Ślesickiego 'Tato'. Z kolei plakat "Leona zawodowca" pojawia się za plecami bohatera, kiedy odbija Sarę z domu jej ojca.

Reżyser broniła się, tłumacząc, że nakręcił film z myślą o szerokiej widowni:

"To bajka dla dorosłych. Bo ile kobiet chciałoby spotkać takiego faceta jak Linda w naszym filmie: żeby był mądry, czuły, męski, a w razie potrzeby twardy jak skała? I stracić dla niego głowę... A ilu dorosłych facetów chciałoby, żeby zakochała się w nich mądra, śliczna i dobra nastolatka. I żeby choć raz w życiu przestać myśleć logicznie i zwariować dla niej bez względu na konsekwencje... To się nie zdarza w zwyczajnym życiu, prawda?" - retorycznie pytał widza.

film.interia.pl

czwartek, 27 listopada 2014

Linda: Patriotyzm i katolicyzm Polaków mnie przeraża

@nataholownia instagram

Bogusław Linda jako żyjąca legenda polskiego kina, może sobie pozwolić na wygłaszanie własnych opinii nawet wówczas, gdy są one krytyczne wobec większości społeczeństwa.

W programie "Kobiecym Okiem", Bogusław Linda został zapytany o to, czy nie przeraża go, co płaszczykiem patriotyzmu, dzieje się na ulicach Warszawy 11 listopada:

Nasz patriotyzm i katolicyzm trochę mnie przeraża. My jesteśmy zniszczonym narodem przez wojnę, przez powstanie warszawskie, przez to, że przez 200 lat bez przerwy traciliśmy inteligencję. Myślę, że tyle samo czasu potrwa odbudowywanie tego kręgosłupa moralnego. Jeśli politycy łaskawie pozwolą i pomogę tej biednej naszej kulturze, to może szybciej. - odparł aktor dodając, że wzorem w kwestii doceniania i szanowania sztuk i kultury są dla niego Francuzi:

Z zawiścią patrzę na Francję, gdzie kultura jest podstawą, jest dotowana, mają na nią olbrzymie pieniądze, my przy nich jesteśmy bastardami, sami walczymy o to, żeby coś zrobić

Linda wyznał również, że w Polsce nie ma poczucia bezpieczeństwa:

Boimy się zawsze utraty poczucia bezpieczeństwa, tego że coś się może zdarzyć, a w tym naszym pieprzonym kraju, ja nie mam tego poczucia, że będę miał za co przeżyć i utrzymać rodzinę. Mimo, że zrobiłem 50 filmów, które weszły gdzieś w kanon filmowy, ja nie mam  z tego nic.

Linda przyznał, że zdecydował się na wystąpienie w serialu oraz reklamie Geriavitu dla pieniędzy:

Ja się tego nie wstydzę. Uważam, że po to się zrobiło nazwisko, żeby z niego w pewnym momencie czerpać zyski.


sobota, 22 listopada 2014

Bogusław Linda dla Doba.pl: "Wrocław nie żyje"


Dla pokolenia czterdziesto- i pięćdziesięciolatków jest kultowym Franzem Maurerem z "Psów". Z Bogusławem Lindą spotkaliśmy się podczas Festiwalu Aktorstwa Filmowego. Aktor wyjaśniał Doba.pl, dlaczego nie zależy mu na rolach, co sądzi o festiwalu MFF Nowe Horyzonty i jakich produktów nigdy nie firmowałby swoim nazwiskiem.

Czego uczy pan młodych aktorów w swojej szkole?
Uczę pośrednio, bo tak naprawdę uczę pedagogów, którzy uczą młodych aktorów. Napisałem program kształcenia, który wdrażam w trakcie trzyletniej szkoły. Sam wtrącam się w wykształcenie dopiero na trzecim roku. Prowadzę obóz konny, obóz szermierczy i przygotowanie do zawodu, czyli zajęcia, na których ludzie uczą się kamery, obiektywu czy rozmowy z agentami.

Aktorstwa można się nauczyć?
Tak. Aktorstwo jest takim samym zawodem jak każdy inny. Jednak kto będzie dobrym aktorem, a kto lepszym, to do tego potrzebny jest już talent.

Ci młodzi ludzie mają szczęście, że chcą być aktorami właśnie teraz, w tych czasach?
Myślę, że nie mają szczęścia, ale to jest moje podejście do tego zawodu. Uważam, że to jest strasznie ciężki zawód i ludziom, którzy w to nie weszli, wydaje się, że jest to fantastyczne, że każdy nosi generalską buławę i każdy zostanie wielką gwiazda. Tak niestety nie jest. Są trzy czy cztery szkoły filmowe i około stu osób kończy w roku daną szkołę , więc jeżeli jedna osoba będzie znana, to będzie już sukces. Reszta jest skazana na to, że będą latali po agencjach, grali w jakiś dziwnych serialach i reklamach.

Pan, jak był młody, to też walczył?
Oczywiście. Jak byłem młody, to do trzydziestego roku życia nie miałem żadnej pracy prócz teatralnej, zresztą we Wrocławiu. Dopiero w trzydziestym roku życia udało mi się przekroczyć zaklętą linię i zacząłem grać u Kieślowskiego, Wajdy czy Agnieszki Holland. Miałem szczęście.

Większość widzów kojarzy pana z filmów Pasikowskiego, głównie z "Psów". To przeszkadza?
Nie. To jest taki zawód. Gajos jest kojarzony z "Czterema pancernymi", a ja z Franzem.

Próbował pan uciec od wizerunku stworzonego w filmach Pasikowskiego?
Uciekałem i to z sukcesem. Zagrałem wiele innych ról z wieloma nagrodami i  to nie tylko w Polsce. Ludzie to [wizerunek Franza Maurera – przyp. red.] lubią, z tym się kojarzę, więc ok.

A prywatnie też pan przeklina?
Nie. Gdyby pani obejrzała "Psy", to tych przekleństw w ogóle nie ma. W czasach, w których robiliśmy ten film, to on był kompletnie nowy. Nowy gatunek, kompletnie nowe słownictwo. Zresztą takie jak rozmawiają policjanci. Wtedy to szokowało. Teraz każdy film, który leci w telewizji przed godziną 21, ma dwa razy więcej przekleństw niż tamten.

Swoje największe role ma pan już za sobą czy jeszcze pan czeka?
Nie. Nigdy nie czekałem na role, nigdy nie traktowałem tego zawodu jako najważniejszy. Traktuję to luźno.

Aktorzy zawsze są pytani o reżysera, u którego chcieliby zagrać…
Ja też jestem reżyserem, realizuję się w tej dziedzinie, więc wisi mi to.

A kwestia gry w reklamach? Mówi się, że teraz aktorzy lecą na tzw. łatwe pieniądze, które można z nich uzyskać. Ktoś kiedyś grał ważną rolę, a teraz występuje w reklamie banku…
Do reklam bierze się ludzi, którzy zrobili już swoje, którzy wyrobili sobie twarz. A żeby wyrobić sobie twarz, trzeba bardzo ciężko pracować. W Polsce przy okazji wyrabiania twarzy w filmie czy w teatrze nie zarabia się dużo pieniędzy. Natomiast naprawdę duże pieniądze zarabia się w reklamach. I bardzo dobrze.

Pan też grał w reklamach m.in. w reklamie Geriavitu.
Geriavit to lek szwajcarski, który niestety ma taką nazwę, ale są to witaminy dla 30-letnich mężczyzn. Tłumaczyłem Szwajcarom, że nazwa jest zła, że się będzie u nas kojarzyć ze starością. Oni jednak nie zrozumieli.

W jakiej reklamie by Pan nie zagrał?
W reklamie prezerwatyw i w reklamie makaronu. Prawda jest taka, że reklamy się wybiera, a nie bierze się bezrozumnie, więc można uciec od szynki czy makaronu, a można wybrać np. wódkę, którą ja reklamuję i jest mi z tym bardzo dobrze.

Ma pan szczególny gatunek filmów, w których lubi grać?
Ja w ogóle nie lubię grać. Więc proszę mi tu nie wymieniać gatunków, w ogóle mnie to nie interesuje.

Więc jak to wygląda? Przychodzą ze scenariuszem i mówią: przeczytaj?
Tak. Dostaję scenariusz, dowiaduję się, kto jest reżyserem. Czytam. Jeżeli jest fajny to ok, a jeżeli nie to nie.

Ile średnio scenariuszy pan odrzuca? Można w ogóle mówić tu o liczbach?
Nie można. To zależy od roku. Zwykle to jest tak, że w jednym terminie spadają trzy propozycje i trzeba wybrać jedną, a czasem przez rok nie ma żadnej propozycji.

Aktorstwo wycieńcza psychicznie?
Tak. To jest taki zawód.

Jak pan odpoczywa po ciężkiej roli?
Nie interesują mnie role. Nie zależy mi na grach. Pani mnie traktuje jako gościa, który walczy o to, żeby być aktorem. W d... mam to.

Czyli aktorstwo to przyjemność?
Jest to przyjemność spotkania z nowymi ludźmi, w nowym miejscu. Tu we Wrocławiu, w Jeleniej Górze czy w Szczecinie. Pobyt w hotelu, spotkania, przebieranie się w różne kostiumy. To jest fajne. Natomiast jeżeli chodzi o misyjność tego zawodu, jakieś przeżywanie, to nie do mnie z tym , to proszę do innych aktorów.

Dlaczego więc udziela się pan w szkole aktorskiej i pomaga młodym aktorom?
Pomagam wytłumaczyć, że to jest ciężki zawód, a nie misja. Cały pogram szkolenia przekształcam w to, co jest odwrotnością szkół teatralnych, gdzie tłumaczą, że to jest powołanie. Ja w swojej szkole tłumaczę, że jest zupełnie na odwrót, że to jest ciężki zawód i jeżeli jest się artystą raz w życiu i raz się zrobi film, który zapamiętają wszyscy, to dużo i to wystarczy. I tylko ten jeden raz jest się artystą, a generalnie jest się aktorem, zawodowcem i wykonuje się bardzo nieprzyjemny zawód.

Grał pan we wrocławskim teatrze. Często pan bywa we Wrocławiu?
Reżyserowałem tu swoje wszystkie trzy filmy. W tej chwili już tu nie bywam, gdyż wytwórnia padła i niestety już nie ma filmu we Wrocławiu. Jest to głupotą tego miasta, że zlikwidowali sobie miejsce gdzie była kultura i gdzie przyjeżdżali ludzie, gdzie to miasto żyło. Teraz to miasto nie żyje, jest martwe.

Pojawiły się jednak różne inicjatywy filmowe, np. Międzynarodowy Festiwal Nowe Horyzonty…
Ile tam jest ludzi, niech pani pomyśli, tam są przecież puste sale. Poza tym nie jestem pewny, czy to kino jest dobre. To jest wyjmowanie filmów z Filipin, Małej Azji… Filmów ludzi których nazwisk się w internecie nie doczyta. Nie wiem, jaki jest sens pokazywania tego, ale ok. Taki jest festiwal, na tym się zarabia pieniądze.
 
Rozmawiała Adriana Boruszewska Doba.pl


piątek, 14 listopada 2014

Festiwal Aktorstwa Filmowego


 Za nami trzecia edycja Festiwalu Aktorstwa Filmowego im. Tadeusza Szymkowa. Przez sześć festiwalowych dni przez Dolnośląskie Centrum Filmowe przewinęły się gwiazdy polskiego kina!

Zobacz gwiazdy, które pojawiły się na Festiwalu Aktorstwa Filmowego

FAF zakończyła gala w Teatrze Polskim, podczas której rozdano Złote Szczeniaki – nagrody za najlepsze pierwszo- i drugoplanowe role ostatniego roku. Dokonania aktorskie kolegów oceniało jury w składzie Katarzyna Figura, Sonia Bohosiewcz, Dorota Kamińska oraz Jan Nowicki.

Festiwal Aktorstwa Filmowego – lista nagrodzonych Złotymi Szczeniaczkami
Najlepsza pierwszoplanowa rola kobieca – Helena Sujecka, Agnieszka Pawełkiewicz (Małe Stłuczki)
Najlepszy aktor – Tomasz Kot (Bogowie)
Drugoplanowa rola kobieca – Maja Ostaszewska (Jack Strong)
Drugoplanowa rola męska – Janusz Chabior (Służby specjalne)

Oprócz Złotych Szczeniaków jurorzy postanowili przyznać także Nagrody Specjalne, aby wyróżnić aktorów, którzy nie byli wcześniej nominowani.

Pierwszoplanowa rola kobieca - Eliza Rycembel (Obietnica), Maria Blandzia (Serce, serduszko)
Drugoplanowa rola kobieca – Maja Komorowska (Serce, serduszko)
Pierwszoplanowa rola męska – Robert Więckiewicz (Pod Mocnym Aniołem)
Drugoplanowa rola męska – Borys Szyc (Serce, serduszko)


piątek, 3 października 2014

Uroczysta inauguracja roku akademickiego w Warszawskiej Szkole Filmowej


Warszawska Szkoła Filmowa została wpisana na listę niepublicznych wyższych uczelni. Od teraz to trzecia "filmówka" w kraju.

- Konkrety na zajęciach, dużo praktyki, znani i wybitni wykładowcy, możliwość przekucia swojej pasji w zawód i świetna atmosfera - to według studentów najważniejsze atuty Warszawskiej Szkoły Filmowej. W poniedziałek, 3 października, uczelnia rozpoczęła nowy rok akademicki, ale tym razem w zupełnie innej roli.

- Nie zapomnę tego dnia do końca życia, wzruszenie odbiera mi mowę - tymi słowami reżyser Maciej Ślesicki otworzył rok akademicki 2011/2012 Warszawskiej Szkoły Filmowej.

29 września WSF otrzymała decyzję ministra nauki i szkolnictwa wyższego o wpisaniu jej na listę wyższych uczelni niepublicznych w naszym kraju.

- Od dziś jesteśmy jedną z trzech wyższych uczelni filmowych w Polsce! Z tego powodu nikt z nas nie ma togi, nie mamy sztandaru, gronostajów i innych śmiesznych rzeczy - tłumaczył luźniejszy niż na tradycyjnych uczelniach styl uroczystości współzałożyciel WSF. - Ale to dobrze, bo byśmy wyglądali w nich kosmicznie śmiesznie. To znaczy, ja wyglądałbym śmiesznie, Bogusław zawsze wygląda poważnie - zażartował o Lindzie Ślesicki.

Wzruszenia nie krył także drugi z założycieli uczelni Bogusław Linda. Podczas inauguracji roku akademickiego popularny aktor wyróżnił czworo studentów stypendiami.

Na zakończenie uroczystości goście, wykładowcy oraz studenci pozowali do wspólnego zdjęcia.

Warszawska Szkoła Filmowa - Powstała w 2004 r. jako artystyczna szkoła policealna działająca pod patronatem ministra kultury. Jej założycielami byli: aktor i reżyser Bogusław Linda oraz reżyser, scenarzysta i producent filmowy Maciej Ślesicki.

Kilka dni temu, 29 września 2011 roku, decyzją ministra nauki i szkolnictwa wyższego Warszawska Szkoła Filmowa stała się wyższą uczelnią niepubliczną.

Warszawska Szkoła Filmowa i portal MM Moje Miasto Warszawa są współorganizatorami festiwalu filmów komórkowych Kameroffon 2011.

www.mmwarszawa.pl