sobota, 22 listopada 2014

Bogusław Linda dla Doba.pl: "Wrocław nie żyje"


Dla pokolenia czterdziesto- i pięćdziesięciolatków jest kultowym Franzem Maurerem z "Psów". Z Bogusławem Lindą spotkaliśmy się podczas Festiwalu Aktorstwa Filmowego. Aktor wyjaśniał Doba.pl, dlaczego nie zależy mu na rolach, co sądzi o festiwalu MFF Nowe Horyzonty i jakich produktów nigdy nie firmowałby swoim nazwiskiem.

Czego uczy pan młodych aktorów w swojej szkole?
Uczę pośrednio, bo tak naprawdę uczę pedagogów, którzy uczą młodych aktorów. Napisałem program kształcenia, który wdrażam w trakcie trzyletniej szkoły. Sam wtrącam się w wykształcenie dopiero na trzecim roku. Prowadzę obóz konny, obóz szermierczy i przygotowanie do zawodu, czyli zajęcia, na których ludzie uczą się kamery, obiektywu czy rozmowy z agentami.

Aktorstwa można się nauczyć?
Tak. Aktorstwo jest takim samym zawodem jak każdy inny. Jednak kto będzie dobrym aktorem, a kto lepszym, to do tego potrzebny jest już talent.

Ci młodzi ludzie mają szczęście, że chcą być aktorami właśnie teraz, w tych czasach?
Myślę, że nie mają szczęścia, ale to jest moje podejście do tego zawodu. Uważam, że to jest strasznie ciężki zawód i ludziom, którzy w to nie weszli, wydaje się, że jest to fantastyczne, że każdy nosi generalską buławę i każdy zostanie wielką gwiazda. Tak niestety nie jest. Są trzy czy cztery szkoły filmowe i około stu osób kończy w roku daną szkołę , więc jeżeli jedna osoba będzie znana, to będzie już sukces. Reszta jest skazana na to, że będą latali po agencjach, grali w jakiś dziwnych serialach i reklamach.

Pan, jak był młody, to też walczył?
Oczywiście. Jak byłem młody, to do trzydziestego roku życia nie miałem żadnej pracy prócz teatralnej, zresztą we Wrocławiu. Dopiero w trzydziestym roku życia udało mi się przekroczyć zaklętą linię i zacząłem grać u Kieślowskiego, Wajdy czy Agnieszki Holland. Miałem szczęście.

Większość widzów kojarzy pana z filmów Pasikowskiego, głównie z "Psów". To przeszkadza?
Nie. To jest taki zawód. Gajos jest kojarzony z "Czterema pancernymi", a ja z Franzem.

Próbował pan uciec od wizerunku stworzonego w filmach Pasikowskiego?
Uciekałem i to z sukcesem. Zagrałem wiele innych ról z wieloma nagrodami i  to nie tylko w Polsce. Ludzie to [wizerunek Franza Maurera – przyp. red.] lubią, z tym się kojarzę, więc ok.

A prywatnie też pan przeklina?
Nie. Gdyby pani obejrzała "Psy", to tych przekleństw w ogóle nie ma. W czasach, w których robiliśmy ten film, to on był kompletnie nowy. Nowy gatunek, kompletnie nowe słownictwo. Zresztą takie jak rozmawiają policjanci. Wtedy to szokowało. Teraz każdy film, który leci w telewizji przed godziną 21, ma dwa razy więcej przekleństw niż tamten.

Swoje największe role ma pan już za sobą czy jeszcze pan czeka?
Nie. Nigdy nie czekałem na role, nigdy nie traktowałem tego zawodu jako najważniejszy. Traktuję to luźno.

Aktorzy zawsze są pytani o reżysera, u którego chcieliby zagrać…
Ja też jestem reżyserem, realizuję się w tej dziedzinie, więc wisi mi to.

A kwestia gry w reklamach? Mówi się, że teraz aktorzy lecą na tzw. łatwe pieniądze, które można z nich uzyskać. Ktoś kiedyś grał ważną rolę, a teraz występuje w reklamie banku…
Do reklam bierze się ludzi, którzy zrobili już swoje, którzy wyrobili sobie twarz. A żeby wyrobić sobie twarz, trzeba bardzo ciężko pracować. W Polsce przy okazji wyrabiania twarzy w filmie czy w teatrze nie zarabia się dużo pieniędzy. Natomiast naprawdę duże pieniądze zarabia się w reklamach. I bardzo dobrze.

Pan też grał w reklamach m.in. w reklamie Geriavitu.
Geriavit to lek szwajcarski, który niestety ma taką nazwę, ale są to witaminy dla 30-letnich mężczyzn. Tłumaczyłem Szwajcarom, że nazwa jest zła, że się będzie u nas kojarzyć ze starością. Oni jednak nie zrozumieli.

W jakiej reklamie by Pan nie zagrał?
W reklamie prezerwatyw i w reklamie makaronu. Prawda jest taka, że reklamy się wybiera, a nie bierze się bezrozumnie, więc można uciec od szynki czy makaronu, a można wybrać np. wódkę, którą ja reklamuję i jest mi z tym bardzo dobrze.

Ma pan szczególny gatunek filmów, w których lubi grać?
Ja w ogóle nie lubię grać. Więc proszę mi tu nie wymieniać gatunków, w ogóle mnie to nie interesuje.

Więc jak to wygląda? Przychodzą ze scenariuszem i mówią: przeczytaj?
Tak. Dostaję scenariusz, dowiaduję się, kto jest reżyserem. Czytam. Jeżeli jest fajny to ok, a jeżeli nie to nie.

Ile średnio scenariuszy pan odrzuca? Można w ogóle mówić tu o liczbach?
Nie można. To zależy od roku. Zwykle to jest tak, że w jednym terminie spadają trzy propozycje i trzeba wybrać jedną, a czasem przez rok nie ma żadnej propozycji.

Aktorstwo wycieńcza psychicznie?
Tak. To jest taki zawód.

Jak pan odpoczywa po ciężkiej roli?
Nie interesują mnie role. Nie zależy mi na grach. Pani mnie traktuje jako gościa, który walczy o to, żeby być aktorem. W d... mam to.

Czyli aktorstwo to przyjemność?
Jest to przyjemność spotkania z nowymi ludźmi, w nowym miejscu. Tu we Wrocławiu, w Jeleniej Górze czy w Szczecinie. Pobyt w hotelu, spotkania, przebieranie się w różne kostiumy. To jest fajne. Natomiast jeżeli chodzi o misyjność tego zawodu, jakieś przeżywanie, to nie do mnie z tym , to proszę do innych aktorów.

Dlaczego więc udziela się pan w szkole aktorskiej i pomaga młodym aktorom?
Pomagam wytłumaczyć, że to jest ciężki zawód, a nie misja. Cały pogram szkolenia przekształcam w to, co jest odwrotnością szkół teatralnych, gdzie tłumaczą, że to jest powołanie. Ja w swojej szkole tłumaczę, że jest zupełnie na odwrót, że to jest ciężki zawód i jeżeli jest się artystą raz w życiu i raz się zrobi film, który zapamiętają wszyscy, to dużo i to wystarczy. I tylko ten jeden raz jest się artystą, a generalnie jest się aktorem, zawodowcem i wykonuje się bardzo nieprzyjemny zawód.

Grał pan we wrocławskim teatrze. Często pan bywa we Wrocławiu?
Reżyserowałem tu swoje wszystkie trzy filmy. W tej chwili już tu nie bywam, gdyż wytwórnia padła i niestety już nie ma filmu we Wrocławiu. Jest to głupotą tego miasta, że zlikwidowali sobie miejsce gdzie była kultura i gdzie przyjeżdżali ludzie, gdzie to miasto żyło. Teraz to miasto nie żyje, jest martwe.

Pojawiły się jednak różne inicjatywy filmowe, np. Międzynarodowy Festiwal Nowe Horyzonty…
Ile tam jest ludzi, niech pani pomyśli, tam są przecież puste sale. Poza tym nie jestem pewny, czy to kino jest dobre. To jest wyjmowanie filmów z Filipin, Małej Azji… Filmów ludzi których nazwisk się w internecie nie doczyta. Nie wiem, jaki jest sens pokazywania tego, ale ok. Taki jest festiwal, na tym się zarabia pieniądze.
 
Rozmawiała Adriana Boruszewska Doba.pl


Brak komentarzy: