piątek, 28 listopada 2014

Sara


 15 lat temu na ekrany polskich kin trafił film "Sara" Macieja Ślesickiego. Dziś pamiętamy ten obraz ze względu na aktorski debiut 16-letniej Agnieszki Włodarczyk, powrót do kina Marka Perepeczko oraz iskierkę filmowego postmodernizmu w jawnych nawiązaniach reżysera do klasyki kina amerykańskiego.

Maciej Ślesicki po obsypanym nagrodami debiucie "Tato" postanowił kontynuować inteligentne i pełne humoru mieszanie filmowych gatunków. "Mam nadzieję, że film usatysfakcjonuje widzów, nie tylko tych 16-, jak i 40-letnich. Moim zamiarem było zrealizowanie bezpretensjonalnego, sympatycznego filmu, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Jest to przede wszystkim dość niekonwencjonalna opowieść o miłości, w którą wplecione są wątki sensacyjne. Podobnie jak w filmie 'Tato' połączyłem różne gatunki: melodramat, kino sensacyjne i komedię" - powiedział o "Sarze" reżyser.

Akcja filmu rozgrywa się w Polsce lat 90. Józef (Marek Perepeczko) jest jednym z najbardziej wpływowych i niebezpiecznych gangsterów. Jego oczkiem w głowie jest 16-letnia córka Sara (Agnieszka Włodarczyk).

Z racji swojej "profesji" Józef ma wielu wrogów, by więc zapewnić córce pełne bezpieczeństwo, wynajmuje dla niej ochroniarza Leona (Bogusław Linda). Leon to typowy twardziel, zamknięty w sobie mężczyzna, który mało mówi, ale za to szybko działa. Nie od razu przypada do gustu rozpieszczonej nastolatce, jednak stopniowo dziewczyna zaczyna w nim widzieć kogoś na wzór romantycznego rycerza.


W końcu Sara, z właściwym jej wiekowi entuzjazmem, zakochuje się w Leonie. Wyboru córki nie akceptuje oczywiście ojciec. Sam Leon, mężczyzna po tragicznych przejściach, nie spodziewał się już w życiu takich uczuciowych niespodzianek. Nie potrafi określić, czy to, co czuje do Sary, jest tylko sympatią czy już miłością. Tymczasem Józef zaczyna wprowadzać w czyn groźby i nasyła na Leona swoich ludzi: Cezarego (Cezary Pazura) i Jasia (Sławomir Sulej).

"Po tym filmie popłyną na moją głowę kubły pomyj. Krytyka dostanie piany. Jestem pewien, że recenzenci obsmarują mnie w stylu: facet, który próbował zrobić coś ambitnego, zszedł niżej" - prognozował jeszcze przed premierą filmu reżyser Maciej Ślesicki i od razu tłumaczył, że fascynacja kinem amerykańskim nie musi równać się z kopiowaniem hollywoodzkich historii.

"Kino amerykańskie jest najlepsze na świecie, a jeśli się wzorować, to - moim zdaniem - na najlepszych. Zresztą nie odcinam się od wszystkiego, co polskie. Oba moje filmy ['Tato' i 'Sara' - przyp.red.] dzieją się w realiach naszego kraju, tyle że staram się nadać im pewnego elementu bajkowości, charakterystycznego dla kina hollywoodzkiego. Ten zabieg ma za zadanie uczynić opowieść trochę mniej rzeczywistą, mniej gazetową" - reżyser wyjaśniał w rozmowie z magazynem "Machina".
15 lat temu na ekrany polskich kin trafił film "Sara" Macieja Ślesickiego. Dziś pamiętamy ten obraz ze względu na aktorski debiut 16-letniej Agnieszki Włodarczyk, powrót do kina Marka Perepeczko oraz iskierkę filmowego postmodernizmu w jawnych nawiązaniach reżysera do klasyki kina amerykańskiego.

Czytaj więcej na http://film.interia.pl/filmy/film/sara/wiadomosci/news/sara-bodyguard-po-polsku,24944,1799503?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox


 Pobieżny rzut oka na fabułę "Sary" nasuwał skojarzenie ze zrealizowanym 5 lat wcześniej "Boyguardem" z Kevinem Costnerem i Whitney Houston.

"Sara" jest wprawdzie bajką wyjętą trochę ze światowego kina, ale to całkiem inny film niż 'Bodyguard'. Zupełnie gdzie indziej rozłożone są akcenty dramaturgiczne, choć rzeczywiście bohaterem jest ochroniarz, który zakochuje się w swojej podopiecznej. Ale tak naprawdę to jedyna istotna zbieżność" - bronił się Ślesicki.

Krytyka zareagowała jednak zgodnie z przewidywaniami twórcy "Sary".

"Bogusław Linda wyglądający jak 'Leon Zawodowiec' gra tu Kevina Costnera z filmu 'Bodyguard', który zapatrzył się na Franza Maurera z 'Psów'" - rozpoczął swą recenzję w "Polityce" Zdzisław Pietrasik.

Ale już kilka akapitów dalej zwraca uwagę, że Linda - na przekór utrwalonemu w opinii publicznej wizerunkowi macho - pokazuje w "Sarze" "zupełnie inne oblicze, dając w dramatycznej końcówce dowody, że jest zdolny do uczuć wyższych".
Akwarium: Misja niemożliwa

Według zapowiedzi reżysera, "Sara" miała przypominać amerykańskie produkcje również pod względem inscenizacyjnego rozmachu. Film był na ówczesne standardy produkcyjne wysokobudżetowym przedsięwzięciem, ale twórca napotkał jednak pewne ograniczenia.

"Jak już ktoś ma umrzeć, to niech umiera efektownie. Starałem się osiągnąć efektowne obrazy za pomocą prostych pomysłów i dzięki doświadczeniu doskonałych fachowców. Nie mieliśmy komputera, który na Zachodzie robi te wszystkie wybuchy, latające kule czy upadki z wysokości. Już przy 'Tacie' pytano mnie, czy finałową scenę na wysokości zrobiliśmy na komputerze. A tam nie było komputera, tylko pomysł na to, jak ustawić kamerę i jak zabezpieczyć aktorów, żeby to przeżyli. Tu jest podobnie" - wyjaśniał Ślesicki dodając, że "Boguś sam sobie wybrał pistolety, z których strzela w naszym filmie". "Sprowadziliśmy je z Niemiec. Opłaciło się. Są piękne" - przyznał reżyser.

Najwięcej emocji wzbudziła jednak scena strzelaniny z akwarium w tle.

"Woda z przestrzelonych akwariów leje się mniej obficie niż w 'Mission Impossible', ale są to w końcu tylko skromne krajowe akwaria" - notowała w recenzji w "Kinie" Bożena Janicka.


 Efekty specjalne nie zrobiły jednak wielkiego wrażenia na Zdzisławie Pietrasiku, który doceniając realizatorską biegłość Ślesickiego, utyskiwał na wtórność jego reżyserskich zabiegów.

"Osoby zajmujące się promocją 'Sary" powinny ogłosić konkurs dla kinomanów pod hasłem: znajdź jak najwięcej szczegółów, którymi ten obraz nie różni się od obrazów, które widziałeś wcześniej w kinie. Dla zwycięzcy specjalna nagroda - złota rybka z jednego z akwariów, które w filmie odgrywają rolę szczególną, pięknie się tłukąc podczas strzelaniny z użyciem broni ciężkiej (z jakiego to filmu?). Bardzo fotogenicznie pękają również szyby pod ciężarem wypadających przez okno wojowników. Wszystko wygląda tak jak w prawdziwym amerykańskim filmie o mafii, a gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości, to od czasu do czasu pokazuje się na ekranie telewizor, w którym właśnie leci 'Ojciec chrzestny'" - napisał

Pietrasik, kończąc swój tekst sarkastyczną puentą: "Ślesicki bawi się cytatami ze świetnych filmów, pokazując, że on sam potrafi niezgorzej reżyserować popisowe sceny. Ale to tylko klisze. Najbardziej podobał mi się końcowy napis głoszący, że rybkom nie stało się nic złego. To jest jednak sztuka - potłuc akwarium, a rybki nie skrzywdzić".


Podobnie jak w "Tacie", gdzie Bogusławowi Lindzie partnerowała debiutująca na ekranie Ola Maliszewska, w "Sarze" główną kobiecą rolę zagrała nieznana nikomu 16-latka. Agnieszkę Włodarczyk reżyser wybrał spośród 250 kandydatek. "Dziewczyna albo ma coś w spojrzeniu, uśmiechu, gestach, albo nie. Szkoła aktorska nie ma z tym 'czymś' nic wspólnego. Tego się nie da nauczyć" - tłumaczył wybór nieprofesjonalnej aktorki Ślesicki.

Recenzent tygodnika "Wprost", Wiesław Kot, nie oszczędził debiutantki.

"Pieścidełkiem filmu jest tytułowa Sara kreowana z wdziękiem przez Agnieszkę Włodarczyk. Na jej cherubinowej buźce usteczka same układają się w podkówkę. Na życzenie reżysera dziecko błyska jednak w nadmiarze modrymi oczkami, zawiązką biustu i chudzieńką dziewczęcą pupą. Jej rozłożony w filmie na raty striptiz budzi raczej skojarzenia szpitalne. Widz-oglądacz czuje się tak, jakby przypadkiem wtargnął do łazienki, w której pensjonarka bierze prysznic. Zamiast podniecenia występuje zażenowanie. Jeśli natura nie naznaczyła widza pedofilią, ten, w pierwszym odruchu, naciągnąłby małej majtki z powrotem na pupę, wlepił klapsa i wysłał na klasówkę" - Kot zaatakował nie tyle Włodarczyk, co dzieło Ślesickiego.


 Nieco łagodniej potraktowała debiutantkę Bożena Janicka na łamach "Kina".

"Najtrudniejsze zadanie [aktorskie] miała chyba jednak licealistka Agnieszka Włodarczyk. Śliczna, o miękkim spojrzeniu Marilyn Monroe, gra rolę dość niewdzięczną. Musi wygłaszać teksty, na które młoda widownia reaguje wybuchami śmiechu, zdaje się w tych momentach nieprzewidzianego. Odzywki w rodzaju: 'chcę być twoją kobietą', 'urodzę ci dzieci' - są zapewne pastiszem (chociaż nie jest jasne czego), lecz młodzi widzowie pastiszowej intencji najwyraźniej nie łapią" - napisała Janicka.

"Sara" była także pierwszym filmem Marka Perepeczki po ponad 15-letniej przerwie w karierze aktorskiej. Krytyk "Wprost" znów nie owijał w bawełnę: "Wszystko się [w tym filmie] kojarzy, ale żadne skojarzenie się nie narzuca. Marek Perepeczko w roli podstarzałego Janosika mógłby jeszcze parodiować Marlona Brando z 'Ojca chrzestnego' - jeżeli nie talent, to tusza z pewnością mu na to pozwala - ale reżyser uznał, iż będzie bezpieczniej, jeśli polski mafioso klasykę gangsterską postudiuje z ekranu własnego wideo" - skarżył się Kot.

Zbyt oczywistych "kryptocytatów" jest tu więcej. W scenie, w której Leon ratuje życie Józefowi, za barem wisi plakat poprzedniego filmu Ślesickiego 'Tato'. Z kolei plakat "Leona zawodowca" pojawia się za plecami bohatera, kiedy odbija Sarę z domu jej ojca.

Reżyser broniła się, tłumacząc, że nakręcił film z myślą o szerokiej widowni:

"To bajka dla dorosłych. Bo ile kobiet chciałoby spotkać takiego faceta jak Linda w naszym filmie: żeby był mądry, czuły, męski, a w razie potrzeby twardy jak skała? I stracić dla niego głowę... A ilu dorosłych facetów chciałoby, żeby zakochała się w nich mądra, śliczna i dobra nastolatka. I żeby choć raz w życiu przestać myśleć logicznie i zwariować dla niej bez względu na konsekwencje... To się nie zdarza w zwyczajnym życiu, prawda?" - retorycznie pytał widza.

film.interia.pl

Brak komentarzy: